Ja codziennie spóźniam się na swój poranny pociąg (dlaczego muszę jeździć do pracy pociągiem???), zostaje mi wtedy autobus, który krąży po wszystkich możliwych osiedlach, jak robię sobie poranną kawę, to ludzie witają mnie już słowem "Mahlzeit" (czyli powitaniem stosowanym w okolicach przerwy obiadowej), wychodzę z pracy o 18, 19 lub 20, a wszystkie sklepy, banki, poczty, muzea i każde możliwe miejsce jest już wtedy zamknięte.
W weekend oczywiście śpię do południa - kiedy wstaję nie ma czynnych już żadnych bazarków ani sklepów (a w niedzielę absolutnie NIC nie ma), czasem załapię się tylko na jakiś otwarty kościół wieczorem ;)
Z tego wszystkiego przesiaduję w domu i oglądam musicale. Zaczęłam od tych typowo austriackich (żeby wczuć się w klimat). Mam za sobą już Gustava Klimta i Elisabeth. W obu wszyscy bohaterowie na końcu (lub już w trakcie!) oszaleli, popełnili samobójstwo lub ktoś ich zamordował. Także nie wiem czy jest jeszcze nadzieja dla mnie.