Ostatnie pół roku dało mi do zrozumienia, że życie jest ciężkie i nie można mieszkać jedną nogą tu, a drugą tam. Bo urodzić może się w tym rozkroku jedynie coś pomiędzy wielkim smutkiem a wielkim rozdrażnieniem.
Z tej okazji przepłakałam ok. 150 nocy, naopowiadałam głupot około 3 znajomym, których tu posiadam, obraziłam się na jedyne 2 osoby, z którymi współpracuję, a na koniec spakowałam się i pojechałam na dwa tygodnie rozkoszować się leniwym nicnierobieniem w mej ojczyźnie.
Wśród podlaskich pól i na jesiennych ulicach Warszawy spaliłam za sobą wszystko co się dało, spakowałam się znów i oto jestem z powrotem - tym razem z mocnym postanowieniem bycia tu regularnie, wciąż i na stałe (aż do kolejnego pakowania walizki).
Aby zadomowić się tu na dobre, wybrałam się do Ikei, gdzie napakowałam swoją siatkę zakupową mnóstwem małych rzeczy, które mają sprawić, że miejsce w którym mieszkam stanie się przyjazne: cukiernicą samosypiącą, kwietnymi pudełkami na pranie, kocem, który przykrywa tylko tę połowę łóżka na której naprawdę śpię.
Obejrzałam film o cesarzowej Sissi z Romy Schneider, gwiazdą narodową, założyłam kartę w bibliotece, żeby jak każdy szanujący się obcokrajowiec mieć kontakt z literaturą w mym ojczystym języku, poszłam na wybory i oddałam ważny głos oraz zapisałam się na angielski bez możliwości zwrotu kosztów w razie nagłej chęci ucieczki z kraju.
Na koniec pojechałam na lotnisko i obejrzałam sobie dokładnie tysiące osób z walizkami, które wracały dziś do swoich domów. Pozazdrościłam im szczerze, a potem wróciłam do swojego samotnego domu, który dzięki temu wspaniałemu atrybutowi da mi moc stania się postacią chłodną i niezniszczalną (w przeciwieństwie do tych latających słabeuszy, których stać na weekendowy bilet do kraju rozkroku).
niedziela, 11 października 2015
sobota, 20 czerwca 2015
5. O tym jak nie nadążam za kalendarzem imprez
Jak już wspominałam, ciężko mi dopasować rytm dnia do tego, który tu panuje - z zakupami mi się udało, bo jednak wizja niedzielnego głodu dość mocno motywuje mnie do uzbierania zapasów na dzień, w którym wszystko jest zamknięte.
Niestety mój głód sztuki nie jest aż tak silny, więc znów czas kiedy wszystko było otwarte przespałam, a teraz siedzę i mogę co najwyżej wybrać się na spacer w deszczu (wszystko inne jest już zamknięte).
Nie jest to jednak mój jedyny problem jeśli chodzi o dostęp do świata sztuki. Wydaje mi się, że w miarę sprawnie władam językiem, którym ludzie się tu posługują, oraz że całkiem sprawnie władam internetami (umiem też korzystać z wyszukiwarek)!
Niemniej jednak nie jestem w stanie ogarnąć co się tutaj dzieje, o większości wydarzeniach dowiaduję się po czasie, a na niektóre wybieram się, a ich tam wcale nie ma...
Zdarzają mi się jednak też niespodzianki w drugą stronę - któregoś pięknego tygodnia moja szefowa zobowiązała mnie do wybrania się na "Święto radości" ("Fest der Freude", które upamiętnia zakończenie II wojny światowej i w tym roku miało odbyć się w piątek i opierać się głównie na zaprezentowaniu "Ody do radości" przez Symfoników Wiedeńskich), a ponieważ w tym dniu był akurat czwartek, na który nie miałam planów, spacerowałam sobie różnymi ulicami, gdy wtem ujrzałam 128 Symfoników Wiedeńskich na trawniku, którzy szykowali się akurat do próby generalnej swego piątkowego koncertu.
Tym samym postanowiłam zostać jedyną publicznością tego koncertu, rozsiadłam się na wszystkich pustych krzesłach przed sceną i rozkoszowałam się ich wersją "Ody do radości" (którą sama potrafię zagrać oczywiście nie gorzej niż Symfonicy Wiedeńscy).
Więcej pozytywnych niespodzianek mnie jak dotąd nie spotkało, także tymczasem żegnam!
Niestety mój głód sztuki nie jest aż tak silny, więc znów czas kiedy wszystko było otwarte przespałam, a teraz siedzę i mogę co najwyżej wybrać się na spacer w deszczu (wszystko inne jest już zamknięte).
Nie jest to jednak mój jedyny problem jeśli chodzi o dostęp do świata sztuki. Wydaje mi się, że w miarę sprawnie władam językiem, którym ludzie się tu posługują, oraz że całkiem sprawnie władam internetami (umiem też korzystać z wyszukiwarek)!
Niemniej jednak nie jestem w stanie ogarnąć co się tutaj dzieje, o większości wydarzeniach dowiaduję się po czasie, a na niektóre wybieram się, a ich tam wcale nie ma...
Zdarzają mi się jednak też niespodzianki w drugą stronę - któregoś pięknego tygodnia moja szefowa zobowiązała mnie do wybrania się na "Święto radości" ("Fest der Freude", które upamiętnia zakończenie II wojny światowej i w tym roku miało odbyć się w piątek i opierać się głównie na zaprezentowaniu "Ody do radości" przez Symfoników Wiedeńskich), a ponieważ w tym dniu był akurat czwartek, na który nie miałam planów, spacerowałam sobie różnymi ulicami, gdy wtem ujrzałam 128 Symfoników Wiedeńskich na trawniku, którzy szykowali się akurat do próby generalnej swego piątkowego koncertu.
Tym samym postanowiłam zostać jedyną publicznością tego koncertu, rozsiadłam się na wszystkich pustych krzesłach przed sceną i rozkoszowałam się ich wersją "Ody do radości" (którą sama potrafię zagrać oczywiście nie gorzej niż Symfonicy Wiedeńscy).
Więcej pozytywnych niespodzianek mnie jak dotąd nie spotkało, także tymczasem żegnam!
poniedziałek, 15 czerwca 2015
4. O dostępie do świata
Jak widać na załączonym obrazku, przeprowadziłam się tutaj z odległego kraju reklamówek!
Dzisiaj rano kiedy rozkosznie drzemałam w mojej saunie (30 stopni jest w moim domu!!!), obudził mnie dzwonek do drzwi, a mym pierwszym prawdziwym gościem okazał się być szanowny pan kurier, który w przeciwieństwie do mnie nie występował w koszuli nocnej, a za to wręczył mi magiczne białe pudełko, na którym od kilku minut pali się zielona lampka, łącząca mnie ze światem.
I nic nie stoi już na przeszkodzie, żebym przegryzając karynckiego pieroga z mrożonki i popijając podrobioną colę z Hofera, została gwiazdą internetów!
wtorek, 2 czerwca 2015
3. O austriackim Dniu Dziecka
W Austrii hucznie obchodzi się Dzień Ojca i Matki (oraz finał Konkursu Piosenki Eurowizji), ale o Dniu Dziecka nic tu jeszcze nie słyszałam* (oczywiście poza piknikiem przy ambasadzie polskiej).
Ja z okazji Dnia Dziecka (którym wciąż jestem) dostałam klucze do mojego pierwszego własnego mieszkania. I nie zamierzam sobie robić nic z tego, że mieszkanie tak naprawdę nie jest moje, oraz że nie mogę się do niego też w najbliższym czasie wprowadzić. Jest śliczne, łącznie dysponuje pięcioma wygodnymi miejscami noclegowymi i ta myśl mi w zupełności wystarcza!
Z okazji Dnia Dziecka każdego dnia funduję sobie też lody - wbrew pozorom lody w Austrii są zupełnie inne niż lody w Polsce: co prawda można zamówić je w wafelku, ale dziwnym trafem wcale nie nazywa się on tutaj wafelkiem, tylko "Tüte" (czyli torebką).
Nie płaci się tutaj też za gałki, tylko za umowne wielkości w umownych cenach. W najmniejszej torebce (czyli wafelku) za 2,50 mieszczą się na moje oko trzy gałki lodów - nie zmienia to jednak faktu, że dostaje się je w wafelku o pojemności jednej gałki i ostatecznie za każdym razem zjadam też tylko jedną gałkę, bo pozostałe ściekają mi bokiem - co cieszy mnie szczególnie kiedy poruszam się po mieście w pożyczonych kurtkach.
Żeby zapobiec temu problemowi, w trakcie dzisiejszego Dnia Dziecka poprosiłam o lody w kubeczku, które zajadałam łyżeczką, coby się nie pobrudzić i... oczywiście wyszło jak zawsze (z tym, że dzisiaj wyjątkowo miałam na sobie własne ubranie).
Uroczyście oświadczyłam więc, że lodów w Austrii więcej jeść nie będę, zakończyłam serię dni dziecka, znaczy jestem dorosła i mogę zamieszkać też w świecie dorosłych ludzi (klucz już mam!).
*No dobra, tak naprawdę to słyszałam, że obchodzi się go 20 września, ale do września jeszcze daleko...
Ja z okazji Dnia Dziecka (którym wciąż jestem) dostałam klucze do mojego pierwszego własnego mieszkania. I nie zamierzam sobie robić nic z tego, że mieszkanie tak naprawdę nie jest moje, oraz że nie mogę się do niego też w najbliższym czasie wprowadzić. Jest śliczne, łącznie dysponuje pięcioma wygodnymi miejscami noclegowymi i ta myśl mi w zupełności wystarcza!
Z okazji Dnia Dziecka każdego dnia funduję sobie też lody - wbrew pozorom lody w Austrii są zupełnie inne niż lody w Polsce: co prawda można zamówić je w wafelku, ale dziwnym trafem wcale nie nazywa się on tutaj wafelkiem, tylko "Tüte" (czyli torebką).
Nie płaci się tutaj też za gałki, tylko za umowne wielkości w umownych cenach. W najmniejszej torebce (czyli wafelku) za 2,50 mieszczą się na moje oko trzy gałki lodów - nie zmienia to jednak faktu, że dostaje się je w wafelku o pojemności jednej gałki i ostatecznie za każdym razem zjadam też tylko jedną gałkę, bo pozostałe ściekają mi bokiem - co cieszy mnie szczególnie kiedy poruszam się po mieście w pożyczonych kurtkach.
Żeby zapobiec temu problemowi, w trakcie dzisiejszego Dnia Dziecka poprosiłam o lody w kubeczku, które zajadałam łyżeczką, coby się nie pobrudzić i... oczywiście wyszło jak zawsze (z tym, że dzisiaj wyjątkowo miałam na sobie własne ubranie).
Uroczyście oświadczyłam więc, że lodów w Austrii więcej jeść nie będę, zakończyłam serię dni dziecka, znaczy jestem dorosła i mogę zamieszkać też w świecie dorosłych ludzi (klucz już mam!).
*No dobra, tak naprawdę to słyszałam, że obchodzi się go 20 września, ale do września jeszcze daleko...
niedziela, 31 maja 2015
2. O tym czy ja w ogóle mam tu szansę przetrwać
W tym dziwnym kraju, w którym mieszkam, życie płynie innym rytmem niż mój własny. Ludzie wstają o 5 rano, idą na targ i na zakupy (!!!), przychodzą do pracy na godzinę 8.30 (!!!!!), wychodzą o 16.30 i żyją długo i szczęśliwie.
Ja codziennie spóźniam się na swój poranny pociąg (dlaczego muszę jeździć do pracy pociągiem???), zostaje mi wtedy autobus, który krąży po wszystkich możliwych osiedlach, jak robię sobie poranną kawę, to ludzie witają mnie już słowem "Mahlzeit" (czyli powitaniem stosowanym w okolicach przerwy obiadowej), wychodzę z pracy o 18, 19 lub 20, a wszystkie sklepy, banki, poczty, muzea i każde możliwe miejsce jest już wtedy zamknięte.
W weekend oczywiście śpię do południa - kiedy wstaję nie ma czynnych już żadnych bazarków ani sklepów (a w niedzielę absolutnie NIC nie ma), czasem załapię się tylko na jakiś otwarty kościół wieczorem ;)
Z tego wszystkiego przesiaduję w domu i oglądam musicale. Zaczęłam od tych typowo austriackich (żeby wczuć się w klimat). Mam za sobą już Gustava Klimta i Elisabeth. W obu wszyscy bohaterowie na końcu (lub już w trakcie!) oszaleli, popełnili samobójstwo lub ktoś ich zamordował. Także nie wiem czy jest jeszcze nadzieja dla mnie.
poniedziałek, 25 maja 2015
1. O tym jak wyemigrowałam
Sama wciąż nie mogę w to uwierzyć, ale wszystko wskazuje na to, że od kilkudziesięciu dni mieszkam w obcym kraju i zostanę tu na dłużej. Nie ma to związku z ostatnimi wyborami, chyba że z moimi własnymi.
Nie mam tu prawdziwego domu, mam za to prawdziwą pracę, w której przesiaduję od rana do wieczora i czasu mi więcej nie starcza na nic - mam nadzieję, że to się wkrótce zmieni oraz, że zacznę chodzić wcześnie spać i wcześnie wstawać.
Mam też dużo zdjęć, które wkrótce się tu pojawią (bo w końcu jestem zapaloną pseudoartystyczną pseudofotografką), zwiedziłam też wiele ciekawych miejsc (poza moim pięknym biurem) i ogólnie mam nadzieję, że jakoś to będzie.
W tym kraju powitały mnie czerwone panie stewardessy (lub raczej ich głos z magnetofonu), także moje poczucie, że jestem tutaj herzlich willkommen jest w pełni uzasadnione!
Nie mam tu prawdziwego domu, mam za to prawdziwą pracę, w której przesiaduję od rana do wieczora i czasu mi więcej nie starcza na nic - mam nadzieję, że to się wkrótce zmieni oraz, że zacznę chodzić wcześnie spać i wcześnie wstawać.
Mam też dużo zdjęć, które wkrótce się tu pojawią (bo w końcu jestem zapaloną pseudoartystyczną pseudofotografką), zwiedziłam też wiele ciekawych miejsc (poza moim pięknym biurem) i ogólnie mam nadzieję, że jakoś to będzie.
W tym kraju powitały mnie czerwone panie stewardessy (lub raczej ich głos z magnetofonu), także moje poczucie, że jestem tutaj herzlich willkommen jest w pełni uzasadnione!
Subskrybuj:
Posty (Atom)