Ostatnie pół roku dało mi do zrozumienia, że życie jest ciężkie i nie można mieszkać jedną nogą tu, a drugą tam. Bo urodzić może się w tym rozkroku jedynie coś pomiędzy wielkim smutkiem a wielkim rozdrażnieniem.
Z tej okazji przepłakałam ok. 150 nocy, naopowiadałam głupot około 3 znajomym, których tu posiadam, obraziłam się na jedyne 2 osoby, z którymi współpracuję, a na koniec spakowałam się i pojechałam na dwa tygodnie rozkoszować się leniwym nicnierobieniem w mej ojczyźnie.
Wśród podlaskich pól i na jesiennych ulicach Warszawy spaliłam za sobą wszystko co się dało, spakowałam się znów i oto jestem z powrotem - tym razem z mocnym postanowieniem bycia tu regularnie, wciąż i na stałe (aż do kolejnego pakowania walizki).
Aby zadomowić się tu na dobre, wybrałam się do Ikei, gdzie napakowałam swoją siatkę zakupową mnóstwem małych rzeczy, które mają sprawić, że miejsce w którym mieszkam stanie się przyjazne: cukiernicą samosypiącą, kwietnymi pudełkami na pranie, kocem, który przykrywa tylko tę połowę łóżka na której naprawdę śpię.
Obejrzałam film o cesarzowej Sissi z Romy Schneider, gwiazdą narodową, założyłam kartę w bibliotece, żeby jak każdy szanujący się obcokrajowiec mieć kontakt z literaturą w mym ojczystym języku, poszłam na wybory i oddałam ważny głos oraz zapisałam się na angielski bez możliwości zwrotu kosztów w razie nagłej chęci ucieczki z kraju.
Na koniec pojechałam na lotnisko i obejrzałam sobie dokładnie tysiące osób z walizkami, które wracały dziś do swoich domów. Pozazdrościłam im szczerze, a potem wróciłam do swojego samotnego domu, który dzięki temu wspaniałemu atrybutowi da mi moc stania się postacią chłodną i niezniszczalną (w przeciwieństwie do tych latających słabeuszy, których stać na weekendowy bilet do kraju rozkroku).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz