Jak już wspominałam, ciężko mi dopasować rytm dnia do tego, który tu panuje - z zakupami mi się udało, bo jednak wizja niedzielnego głodu dość mocno motywuje mnie do uzbierania zapasów na dzień, w którym wszystko jest zamknięte.
Niestety mój głód sztuki nie jest aż tak silny, więc znów czas kiedy wszystko było otwarte przespałam, a teraz siedzę i mogę co najwyżej wybrać się na spacer w deszczu (wszystko inne jest już zamknięte).
Nie jest to jednak mój jedyny problem jeśli chodzi o dostęp do świata sztuki. Wydaje mi się, że w miarę sprawnie władam językiem, którym ludzie się tu posługują, oraz że całkiem sprawnie władam internetami (umiem też korzystać z wyszukiwarek)!
Niemniej jednak nie jestem w stanie ogarnąć co się tutaj dzieje, o większości wydarzeniach dowiaduję się po czasie, a na niektóre wybieram się, a ich tam wcale nie ma...
Zdarzają mi się jednak też niespodzianki w drugą stronę - któregoś pięknego tygodnia moja szefowa zobowiązała mnie do wybrania się na "Święto radości" ("Fest der Freude", które upamiętnia zakończenie II wojny światowej i w tym roku miało odbyć się w piątek i opierać się głównie na zaprezentowaniu "Ody do radości" przez Symfoników Wiedeńskich), a ponieważ w tym dniu był akurat czwartek, na który nie miałam planów, spacerowałam sobie różnymi ulicami, gdy wtem ujrzałam 128 Symfoników Wiedeńskich na trawniku, którzy szykowali się akurat do próby generalnej swego piątkowego koncertu.
Tym samym postanowiłam zostać jedyną publicznością tego koncertu, rozsiadłam się na wszystkich pustych krzesłach przed sceną i rozkoszowałam się ich wersją "Ody do radości" (którą sama potrafię zagrać oczywiście nie gorzej niż Symfonicy Wiedeńscy).
Więcej pozytywnych niespodzianek mnie jak dotąd nie spotkało, także tymczasem żegnam!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz