wtorek, 2 czerwca 2015

3. O austriackim Dniu Dziecka

W Austrii hucznie obchodzi się Dzień Ojca i Matki (oraz finał Konkursu Piosenki Eurowizji), ale o Dniu Dziecka nic tu jeszcze nie słyszałam* (oczywiście poza piknikiem przy ambasadzie polskiej).

Ja z okazji Dnia Dziecka (którym wciąż jestem) dostałam klucze do mojego pierwszego własnego mieszkania. I nie zamierzam sobie robić nic z tego, że mieszkanie tak naprawdę nie jest moje, oraz że nie mogę się do niego też w najbliższym czasie wprowadzić. Jest śliczne, łącznie dysponuje pięcioma wygodnymi miejscami noclegowymi i ta myśl mi w zupełności wystarcza!

Z okazji Dnia Dziecka każdego dnia funduję sobie też lody - wbrew pozorom lody w Austrii są zupełnie inne niż lody w Polsce: co prawda można zamówić je w wafelku, ale dziwnym trafem wcale nie nazywa się on tutaj wafelkiem, tylko "Tüte" (czyli torebką).
Nie płaci się tutaj też za gałki, tylko za umowne wielkości w umownych cenach. W najmniejszej torebce (czyli wafelku) za 2,50 mieszczą się na moje oko trzy gałki lodów - nie zmienia to jednak faktu, że dostaje się je w wafelku o pojemności jednej gałki i ostatecznie za każdym razem zjadam też tylko jedną gałkę, bo pozostałe ściekają mi bokiem - co cieszy mnie szczególnie kiedy poruszam się po mieście w pożyczonych kurtkach.

Żeby zapobiec temu problemowi, w trakcie dzisiejszego Dnia Dziecka poprosiłam o lody w kubeczku, które zajadałam łyżeczką, coby się nie pobrudzić i... oczywiście wyszło jak zawsze (z tym, że dzisiaj wyjątkowo miałam na sobie własne ubranie).

Uroczyście oświadczyłam więc, że lodów w Austrii więcej jeść nie będę, zakończyłam serię dni dziecka, znaczy jestem dorosła i mogę zamieszkać też w świecie dorosłych ludzi (klucz już mam!).


*No dobra, tak naprawdę to słyszałam, że obchodzi się go 20 września, ale do września jeszcze daleko...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz